Rozdział 1: Dzień dobry, jestem twórcą treści
Nazywam się Parszywy Grubas i robię content. Wiem, wiem – brzmi to jak zdanie, które powinno się kończyć w gabinecie terapeuty, a nie na scenie ani w internecie. Ale tak, robię content. Codziennie. Uparcie. Bez sensu, ale z pointą.
Kiedy ludzie pytają mnie, czym się zajmuję, mówię: „Tworzę treści w mediach społecznościowych.” A oni patrzą na mnie tak, jakbym powiedział, że hoduję żyrafy w bloku na trzecim piętrze. Bo w ich głowach „twórca treści” to ktoś młody, opalony, z białymi zębami i kontraktem na wodę kokosową. A ja jestem facetem, który nagrywa filmiki telefonem opartym o kubek po kawie, bo statywu nie mam, bo po co mi statyw, skoro i tak nikt tego nie obejrzy.
Ale robię to dalej. I to jest ten moment, w którym powinienem wam powiedzieć, jak dokładnie wygląda proces tworzenia treści u kogoś, kogo algorytm traktuje jak intruza na prywatnej imprezie. Usiądźcie wygodnie. To będzie długie. Tak jak moje wyświetlenia, których nie ma.
Rozdział 2: Poranek twórcy internetowego
Dzień zaczyna się jak każdy inny dzień w życiu człowieka, który postanowił robić content zawodowo, czyli hobbystycznie, czyli za darmo. Budzę się. Pierwsza myśl nie brzmi „jaki piękny dzień”, tylko „ile straciłem obserwujących przez noc”. To jest pierwsze pytanie, które zadaje sobie każdy twórca internetowy, zanim jeszcze zdąży pomyśleć o kawie. Sprawdzam statystyki. Statystyki mówią mi to, co mówią zawsze: nic się nie zmieniło, poza tym, że jest gorzej.
Robię sobie kawę. Siadam przy komputerze, który brzmi jak silnik odrzutowy przygotowujący się do startu. I zaczynam scrollować. Bo żeby robić content, trzeba wiedzieć, co jest teraz na topie. A na topie jest zawsze coś, w czym ja nie mam żadnych szans wystartować. Jakiś nowy trend taneczny. Jakiś nowy dźwięk, do którego trzeba zrobić głupią minę. Jakiś challenge, w którym ludzie polewają się wodą, jedzą ekstremalnie ostre chipsy albo pokazują „dzień z życia” tak wyretuszowany, że przestaje przypominać życie, a zaczyna przypominać reklamę ubezpieczenia na życie.
Ja nie mam dnia z życia, który dałoby się pokazać bez ostrzeżenia dla widzów wrażliwych. Mój dzień z życia to: budzik, kawa, sprawdzanie, czy ktoś mnie obserwuje, rozczarowanie, śniadanie, praca, pisanie żartów o tym, że nikt mnie nie obserwuje, publikacja, rozczarowanie numer dwa. To jest pętla. Zamknięty obieg rozczarowania z przerwami na jedzenie.
Rozdział 3: Proces twórczy, czyli jak rodzi się content
Ludzie myślą, że robienie contentu to jest kwestia natchnienia. Że siadasz, muza cię całuje w czoło i wychodzi z tego wideo, które robi dwadzieścia milionów wyświetleń. Otóż nie. Robienie contentu to jest proces głównie mechaniczny, trochę desperacki i odrobinę patologiczny.
Zaczyna się od pomysłu. Pomysł zwykle przychodzi w najgorszym możliwym momencie – pod prysznicem, w kolejce do kasy, albo w trakcie rozmowy z kimś ważnym, kto akurat opowiada mi o swoich problemach, a ja w tym czasie myślę: „o, to może być dobry material na rolkę.” To jest choroba zawodowa. Nie potrafisz już przeżywać życia, bo cały czas jesteś w trybie research. Twoja babcia opowiada ci o operacji biodra, a ty myślisz: „to może być zajawka do filmiku o starzeniu się w erze internetu.”
Potem jest etap pisania. Siadam i piszę. Piszę i kasuję. Piszę coś, co wydaje mi się genialne o dwudziestej trzeciej, a o siódmej rano czytam to jeszcze raz i myślę: „kto to napisał, jakiś kompletny idiota.” I ten idiota to ja, tylko wersja zmęczona i pozbawiona kawy.
Kiedy tekst jest gotowy – a „gotowy” oznacza „na tyle zniesiony, że przestaje mnie parzyć wstyd” – zaczyna się etap nagrywania. Tu jest zabawnie, bo nie mam żadnego sprzętu godnego tej nazwy. Kamera to telefon. Mikrofon to ten sam telefon. Oświetlenie to okno, jeśli słońce akurat świeci, a jeśli nie świeci, to żarówka w kuchni, która daje taki efekt, jakbym robił przesłuchanie na komisariacie, a nie treści rozrywkowe.
Nagrywam dubel. Nagrywam drugi dubel, bo w pierwszym się zająknąłem. Nagrywam trzeci dubel, bo w drugim kot wszedł w kadr i teraz to jest o kocie, a nie o mnie. Nagrywam czwarty dubel, bo w trzecim ktoś zadzwonił domofonem akurat w kulminacyjnym momencie żartu. Po piątym dublu rezygnuję z ambicji i publikuję ten, w którym jestem najmniej zdenerwowany.
Rozdział 4: Montaż, czyli walka z technologią
Montaż to jest osobny rozdział mojego życia, który mógłby się nazywać „Jak straciłem trzy godziny życia, żeby wyciąć jedno „yyy””. Używam aplikacji, która teoretycznie ma „intuicyjny interfejs zaprojektowany z myślą o twórcy”. W praktyce spędzam pół godziny szukając przycisku „wytnij”, który ktoś ukrył gdzieś między „eksportuj” a „udostępnij w chmurze premium za dodatkową opłatą”.
Dodaję napisy, bo teraz wszyscy oglądają wszystko bez dźwięku, w metrze, w pracy, udając, że pracują. Napisy muszą być zsynchronizowane co do milisekundy, inaczej ludzie w komentarzach napiszą, że „montaż leży”, mimo że treść filmiku to i tak nie ich sprawa, ale komentować trzeba, bo internet.
Dodaję muzykę w tle. Muzykę, która jest „trending”, czyli tę samą, którą słyszałem już sto czterdzieści razy tego dnia, bo wszyscy jej używają, bo algorytm ją lubi, bo jak jej nie użyjesz, to jesteś skazany na porażkę jeszcze bardziej niż zwykle. Więc wrzucam ten sam dźwięk, co reszta internetu, żeby mój filmik – zupełnie inny w treści – brzmiał identycznie jak sto tysięcy innych filmików. To jest paradoks bycia oryginalnym w systemie, który nagradza cię za bycie identycznym.
Na koniec eksportuję. Aplikacja mówi, że to potrwa „około minuty”. Mija dwadzieścia minut. Telefon się grzeje jak grzejnik olejowy. Bateria spada z osiemdziesięciu procent do siedemnastu. I w końcu – jest. Gotowe. Arcydzieło. Osiemnaście sekund geniuszu, które kosztowały mnie cztery godziny życia i jedną nerwicę.
Rozdział 5: Publikacja, czyli moment prawdy
Publikacja to jest rytuał. Wybieram odpowiednią godzinę, bo internet ma powiedział mi, że „najlepiej publikować między osiemnastą a dwudziestą pierwszą, kiedy zaangażowanie jest najwyższe”. Publikuję o dziewiętnastej. Piszę opis. Dodaję hasztagi, które są jak zaklęcia – nikt nie wie, czy działają, ale wszyscy je dodają, bo „tak trzeba”.
#zabawne #humor #contentcreator #foryou #viral #skecz #standup #polskikomik #śmiech #internet
Osiem hasztagów później klikam „opublikuj” i wtedy zaczyna się najgorsza część całego procesu: czekanie. Czekanie na pierwsze wyświetlenie. Czekanie na pierwszy lajk. Czekanie na to, że może, może tym razem, może ten jeden filmik zrobi różnicę.
Odświeżam statystyki co trzydzieści sekund. Wyświetlenia: dwa. Jedno to ja sam sprawdzający, czy się dobrze wgrało. Drugie to mój telefon, który sam siebie liczy, bo mam otwartą kartę w tle. Trzecie wyświetlenie pojawia się po godzinie. To moja mama. Komentuje: „Synek, ale ty się postarzałeś.” Dziękuję, mamo. To dokładnie ten feedback, którego potrzebowałem.
Rozdział 6: Algorytm – mój największy wróg i jedyny prawdziwy związek
Muszę wam powiedzieć coś o moim związku z algorytmem, bo to jest najdłuższa i najbardziej toksyczna relacja mojego życia. Dłuższa niż jakikolwiek związek romantyczny. Bardziej wymagająca niż jakikolwiek szef. Algorytm to jest byt, który nie ma twarzy, nie ma emocji, a mimo to potrafi sprawić, że czuję się gorzej niż po najgorszej randce w życiu.
Algorytm decyduje, czy istnieję. Nie ja. Nie moja twórczość. Nie moje żarty. Algorytm. Jest jak bóg, tylko bardziej kapryśny i mniej wybaczający. Modlę się do niego codziennie, publikując kolejny filmik, a on odpowiada mi ciszą. Albo, co gorsza, odpowiada mi zasięgiem organicznym równym liczbie moich najbliższych krewnych plus jeden przypadkowy bot z Wietnamu, który komentuje pod każdym filmikiem link do podejrzanej strony z kryptowalutami.
Czytałem kiedyś poradnik „Jak zhakować algorytm w 2026 roku”. Poradnik mówił, żeby publikować regularnie, angażować widzów pytaniami, używać trendujących dźwięków, robić hooki w pierwszych trzech sekundach, żeby zatrzymać uwagę widza, bo widz ma dziś koncentrację złotej rybki po energetyku. Zrobiłem wszystko zgodnie z instrukcją. Efekt? Zero. Widocznie mój algorytm czytał inny poradnik. Albo w ogóle nie umie czytać, bo jest zbyt zajęty promowaniem trzynastolatków tańczących w kuchni rodziców.
Czasem mam wrażenie, że algorytm mnie karze za coś, czego nie wiem, że zrobiłem. Może w poprzednim życiu skasowałem czyjeś konto. Może w poprzednim wcieleniu byłem spamem. Nie wiem. Ale wiem jedno: ten związek jest jednostronny, wyniszczający i najwyraźniej nie mam zamiaru z niego zrezygnować, bo jestem twórcą internetowym, a to oznacza, że jestem trochę masochistą z natury.
Rozdział 7: Rodzaje treści, które próbowałem robić (i dlaczego żadna nie zadziałała)
Przez lata prowadzenia tego całego przedsięwzięcia, które nazywam „karierą”, wypróbowałem prawie każdy format contentu, jaki istnieje. Pozwólcie, że przeprowadzę was przez ten cmentarz nieudanych prób.
Vlogi codzienności. Próbowałem pokazywać „dzień z życia”. Problem w tym, że mój dzień z życia to głównie siedzenie przy komputerze, jedzenie kanapek i narzekanie na sąsiada, który wierci coś w ścianie o szóstej rano. Nikt nie chce oglądać człowieka jedzącego kanapkę przez czterdzieści minut, nawet jeśli komentuje to z ironicznym dystansem.
Poradniki. Spróbowałem robić poradniki. „Jak przetrwać poniedziałek”, „Jak nie zwariować w korporacji”, „Jak jeść zdrowo, będąc zbyt leniwym, żeby gotować”. Problem w tym, że ja sam nie stosuję się do żadnej z tych rad, więc widzowie szybko wyczuli fałsz i zaczęli pisać komentarze typu „sam se poradź, jajko”.
Reakcje na trendy. Próbowałem reagować na to, co jest popularne. Nagrałem reakcję na viralowy filmik, który w międzyczasie przestał być viralowy, więc moja reakcja wyszła jak komentarz do wydarzenia sprzed dwóch tygodni, czyli w internecie – sprzed dwóch epok geologicznych.
Standup na żywo streamowany. Próbowałem transmitować na żywo fragmenty moich występów. Problem: internet w klubie komediowym jest gorszy niż w bunkrze przeciwatomowym z lat sześćdziesiątych. Transmisja się zacinała dokładnie w momencie puenty, więc widzowie oglądali mnie zamrożonego z otwartymi ustami przez trzydzieści sekund, co samo w sobie było śmieszniejsze niż żart, który akurat opowiadałem.
Content edukacyjny. Próbowałem uczyć ludzi czegokolwiek. Nie wyszło, bo sam niewiele wiem, a udawanie eksperta w internecie kończy się tym, że w komentarzach pojawia się prawdziwy ekspert, który rozjeżdża cię merytorycznie na oczach wszystkich. Nauczyłem się tego na własnej skórze, próbując tłumaczyć „jak działa inflacja” i zostając zmiażdżonym przez emerytowanego wykładowcę ekonomii, który spędził pod moim filmikiem czterdzieści minut, pisząc komentarz dłuższy niż mój scenariusz.
Współprace z innymi twórcami. Próbowałem robić duety i collaby. Problem w tym, że inni twórcy, z którymi próbowałem współpracować, mieli zasięgi, a ja miałem entuzjazm. Efekt takiej współpracy to była matematyczna katastrofa – oni stracili trochę widzów przez skojarzenie ze mną, a ja zyskałem może trzech nowych obserwujących, z których dwóch odobserwowało mnie w ciągu tygodnia.
Rozdział 8: Komentarze, czyli okno na duszę ludzkości
Sekcja komentarzy pod moimi filmikami to jest coś, co powinno być badane przez antropologów, socjologów i może egzorcystów. To jest miejsce, gdzie ludzkość pokazuje swoje najbardziej autentyczne oblicze, czyli zwykle najbrzydsze.
Typowy komentarz pod moim filmikiem wygląda tak: „śmieszne ale mogło być śmieszniejsze”. Dziękuję za ten konstruktywny feedback, anonimowy użytkowniku o nazwie składającym się z losowych cyfr. Wezmę to pod uwagę przy tworzeniu kolejnego materiału, na który i tak nie odpowiesz nawet lajkiem.
Innym razem dostaję komentarz: „kim ty w ogóle jesteś”. To jest pytanie egzystencjalne, na które nawet ja nie znam odpowiedzi, więc jak mam odpowiedzieć losowemu internaucie. Czasem odpisuję: „nikim ważnym, ale dzięki że pytasz.” To zwykle kończy dyskusję, bo internauta nie wie, jak zareagować na szczerość.
Są też komentarze hejterskie, które teoretycznie powinny mnie ranić, ale po latach robienia contentu wykształciłem coś w rodzaju emocjonalnej hipoteki na własne uczucia. Ktoś napisze „żenada”, a ja myślę: „ok, ale przynajmniej obejrzałeś do końca, żeby to ocenić, więc technicznie zaliczam ci pełne obejrzenie w statystykach, dziękuję za wsparcie algorytmiczne.”
Najlepsze są komentarze, które nie mają nic wspólnego z treścią filmiku. Robię materiał o tym, jak trudno jest robić content, a ktoś pisze pod spodem: „a ile kosztuje reklama na tym kanale”. Kanał ma czterdziestu ośmiu obserwujących, z czego połowa to boty reklamujące kasyna internetowe, a ktoś pyta o cennik reklamowy, jakbym był agencją marketingową, a nie facetem z telefonem opartym o kubek.
Rozdział 9: Sponsorzy, których nie mam, i współprace, które nie istnieją
Ludzie pytają mnie czasem: „a kto cię sponsoruje?” Nikt. Absolutnie nikt. Żadna marka suplementów, żadna platforma bukmacherska, żadna firma produkująca proszek do prania, żaden bank oferujący konto za zero złotych miesięcznie pod warunkiem aktywowania jedenastu usług dodatkowych.
Kiedyś dostałem wiadomość od firmy oferującej „współpracę barterową”. Barterową, czyli za darmo, ale w zamian za produkt. Produktem był zestaw suplementów na odchudzanie. Wyobraźcie sobie ironię: firma reklamująca odchudzanie wysyła propozycję do konta, które ma w nazwie słowo „Grubas”. Odpisałem grzecznie, że doceniam propozycję, ale obawiam się, że moja publiczność może odebrać to jako lekki dysonans poznawczy, na co dostałem odpowiedź automatyczną z podziękowaniem za zainteresowanie i informacją, że „obecnie nie prowadzimy rekrutacji na to stanowisko”. Czyli nawet automat od suplementów mnie odrzucił.
Inna firma zaproponowała mi promocję kursu online „Jak zbudować markę osobistą i zarabiać sto tysięcy miesięcznie robiąc to, co kochasz”. Ironiczne jest to, że kurs kosztował więcej, niż zarobiłem przez cały ostatni rok robienia contentu, który kocham. Nie skorzystałem. Chociaż z czystej ciekawości sprawdziłem, ile ten kurs kosztuje, i teraz platformy reklamowe przez trzy miesiące zasypywały mnie reklamami tego samego kursu, więc chyba w jakiś sposób jednak zapłaciłem – swoim czasem i cierpliwością.
Rozdział 10: Życie offline kontra życie online
Ludzie mają wrażenie, że skoro robię content, to moje życie jest jedną wielką imprezą pełną kamer, mikrofonów i asystentów przynoszących mi wodę kokosową. Rzeczywistość jest zupełnie inna. Moje życie offline to głównie robienie zakupów, płacenie rachunków i zastanawianie się, czy sąsiad znowu będzie wiercił coś w ścianie o szóstej rano.
Kiedy jestem w sklepie, nikt mnie nie rozpoznaje. To jest bardzo zdrowe dla ego, ponieważ ego zbudowane na czterdziestu ośmiu obserwujących i tak nie ma za bardzo gdzie rosnąć. Raz, dosłownie raz, w ciągu całej mojej „kariery” ktoś podszedł do mnie na mieście i powiedział: „O, znam cię, robisz te filmiki, prawda?” Poczułem się jak gwiazda. Przez pięć sekund. Bo zaraz potem dodał: „Ale nie pamiętam, o czym one są.” Podziękowałem za rozpoznanie i wróciłem do swojego życia jako anonimowy obywatel.
Rodzina traktuje moje „twórcze” zajęcie z mieszanką rozbawienia i troski. Ciocia na imieninach pyta: „A ty dalej robisz te swoje filmiki w internecie? Może w końcu znajdziesz normalną pracę?” Odpowiadam, że to jest moja normalna praca, tylko że płaci mi w satysfakcji, a nie w pieniądzach, na co ciocia kiwa głową ze zrozumieniem, którego wcale nie ma, i częstuje mnie sernikiem, co jest znacznie bardziej wartościowe niż jakikolwiek feedback od algorytmu.
Rozdział 11: Dlaczego mimo wszystko to robię
Możecie się zastanawiać, dlaczego w ogóle kontynuuję to szaleństwo. Zero zasięgów, zero sponsorów, komentarze od botów kasynowych, algorytm, który traktuje mnie jak intruza. Dlaczego nie odpuszczę?
Odpowiedź jest prosta i trochę żałosna: bo to sprawia mi radość. Kiedy siadam i piszę żart, który sam mnie rozśmiesza, to jest coś. Kiedy nagrywam filmik i śmieję się sam do siebie przy montażu, chociaż wiem, że obejrzy go czternaście osób, to jest coś. To jest ta chwila czystej, niezmąconej twórczości, zanim jeszcze zderzy się ona z bezlitosną rzeczywistością statystyk.
Poza tym, robienie contentu to dla mnie forma terapii. Zamiast płacić psychologowi, publikuję swoje frustracje jako żarty. To znacznie tańsze i przynajmniej czasem ktoś się zaśmieje, zamiast tylko kiwać głową i notować coś w zeszycie.
Jest też coś jeszcze – nadzieja. Głupia, uparta nadzieja, że może następny filmik będzie tym jednym. Że może w końcu ktoś to zauważy, udostępni, poleci znajomym. Ta nadzieja jest jak zły nawyk, którego nie potrafię się pozbyć, jak jedzenie chipsów o północy albo sprawdzanie telefonu zaraz po przebudzeniu. Wiem, że to mi nie służy, ale i tak to robię.
Rozdział 12: Rady dla początkujących twórców, których nikt nie chce
Skoro już tyle lat robię content bez większego sukcesu, czuję się kwalifikowany, żeby udzielić kilku rad osobom, które dopiero zaczynają swoją przygodę z tworzeniem treści w internecie. Nie są to rady na sukces. Są to rady na przetrwanie.
Po pierwsze: nie oczekuj niczego. Jeśli wchodzisz w to z myślą „za rok będę miał milion obserwujących”, to przygotuj się na rozczarowanie porównywalne z tym, jakie czuje się, gdy zamawiasz burgera z reklamy, a dostajesz coś, co wygląda jak ofiara wypadku samochodowego między dwiema bułkami.
Po drugie: publikuj regularnie, nawet jak nikt nie ogląda. To jak trenowanie na siłowni, na którą nikt nie przychodzi cię oglądać, ale mięśnie i tak rosną, tylko że w moim przypadku „mięśniami” są umiejętności pisania żartów, a „wzrostem” jest fakt, że są coraz mniej żenujące niż na początku.
Po trzecie: znajdź swój głos. Mój głos brzmi jak zmęczony życiem facet, który zaakceptował porażkę i zrobił z niej markę osobistą. Wasz głos może brzmieć inaczej. Znajdźcie coś autentycznego, zamiast kopiować to, co jest popularne, bo internet i tak wyczuje fałsz szybciej niż wyczuwa promocję kasyna w komentarzach.
Po czwarte: nie czytaj komentarzy przed kawą. To jest rada, której sam nie stosuję, ale wiem, że powinienem. Czytanie hejtu na pusty żołądek to przepis na zrujnowany dzień.
Po piąte: pamiętaj, że liczby to nie wszystko. Wiem, że to brzmi jak coś, co mówi się osobie, która przegrała, żeby poczuła się lepiej, ale w moim przypadku to akurat prawda, bo gdybym mierzył swoją wartość liczbami, dawno rzuciłbym to wszystko i zajął się hodowlą kaktusów, które przynajmniej nie wymagają lajków, żeby przetrwać.
Rozdział 13: Współczesny krajobraz mediów społecznościowych okiem outsidera
Obserwuję ten cały ekosystem od lat i mogę wam powiedzieć, że media społecznościowe zmieniły się z miejsca, gdzie ludzie dzielili się zdjęciami z wakacji, na coś w rodzaju cyfrowego Kolosseum, gdzie każdy walczy o uwagę, a lwami są algorytmy decydujące, kto przeżyje kolejny dzień w postaci zasięgów.
Kiedyś wystarczyło zrobić zdjęcie kanapki i napisać „pyszne śniadanie”, żeby dostać dwadzieścia lajków od znajomych. Teraz trzeba mieć strategię contentową, kalendarz publikacji, analizę grupy docelowej, personę marki i najlepiej jeszcze agencję kreatywną, która wymyśli ci „storytelling wokół produktu”, nawet jeśli produktem jest po prostu kanapka.
Widzę, jak ludzie młodsi ode mnie o dekadę traktują to wszystko z zawodową powagą, której ja nigdy nie osiągnąłem. Mają harmonogramy publikacji w aplikacjach do zarządzania projektami. Ja mam karteczkę przyklejoną do monitora z napisem „opublikuj coś, do cholery”.
Widzę też, jak zmienia się to, co ludzie uznają za wartościowe. Kiedyś liczyła się jakość. Teraz liczy się częstotliwość. Nie musisz być dobry, musisz być częsty. Musisz zalewać feed contentem, żeby algorytm zauważył, że w ogóle istniejesz. To trochę jak krzyczenie w zatłoczonym pokoju – nie musisz mówić mądrych rzeczy, musisz mówić głośno i często, a ktoś w końcu się odwróci, choćby po to, żeby cię uciszyć.
Rozdział 14: O autentyczności w świecie pozorów
Wszyscy mówią o „autentyczności” w mediach społecznościowych. Marki chcą być autentyczne. Influencerzy chcą być autentyczni. Nawet boty reklamujące kasyna internetowe próbują udawać autentyczne konta prawdziwych ludzi, z profilowym zdjęciem ukradzionym z jakiegoś banku zdjęć stockowych.
Problem w tym, że autentyczność stała się produktem. Ludzie nagrywają „spontaniczne” filmiki, które są wyreżyserowane, przemontowane i podrasowane bardziej niż niejeden hollywoodzki film akcji. „Pokażę wam moje prawdziwe ja” – mówi ktoś, kto wcześniej zrobił dwadzieścia dubli tego „spontanicznego” wyznania i wybrał ten, w którym łza spływała pod najbardziej fotogenicznym kątem.
Ja może jestem jedynym prawdziwie autentycznym twórcą w tym całym cyrku, tyle że moja autentyczność objawia się głównie w tym, że nie potrafię ukryć zmęczenia, braku budżetu i ogólnego rozgoryczenia stanem własnej kariery. Nie muszę udawać spontaniczności, bo naprawdę nie mam pojęcia, co robię. To jest moja przewaga konkurencyjna – szczery chaos zamiast wyreżyserowanego chaosu.
Rozdział 15: Wypalenie twórcy, o którym nikt nie mówi
Nikt nie mówi o wypaleniu wśród twórców internetowych, którzy nie mają nawet na tyle sukcesu, żeby się wypalić w sposób, o którym można by przeczytać w artykule na portalu lifestylowym. Wielkie gwiazdy internetu robią sobie „przerwy od mediów społecznościowych”, o których informują w emocjonalnym poście z podziękowaniami dla fanów. Ja robię sobie przerwy, o których nikt nie wie, bo nikt nie zauważa różnicy między moją aktywnością a moją nieaktywnością.
Ale wypalenie jest prawdziwe, nawet jeśli nie masz milionów obserwujących. Presja bycia śmiesznym na zawołanie, presja publikowania regularnie, presja czytania własnych statystyk jak wyroków sądowych – to wszystko zbiera swoje żniwo, niezależnie od skali. Czasem siadam do pisania i nic nie przychodzi. Ekran jest pusty, głowa jest pusta, a jedyne, co czuję, to zmęczenie próbą bycia zabawnym w świecie, który wydaje się coraz mniej zainteresowany słuchaniem.
W takich momentach przypominam sobie, dlaczego zacząłem. Nie zacząłem dla zasięgów. Zacząłem, bo miałem coś do powiedzenia i nie miałem gdzie tego powiedzieć poza własną głową, gdzie te myśli robiły więcej szkody niż pożytku. Internet stał się dla mnie wentylem. I nawet jeśli nikt nie słucha, to przynajmniej wentyl działa.
Rozdział 16: Statystyki, które nikogo nie obchodzą (poza mną)
Pozwólcie, że podzielę się z wami kilkoma statystykami mojej „kariery” twórcy internetowego, żebyście zrozumieli skalę mojego sukcesu, albo raczej jego braku.
Średnia liczba wyświetleń na filmik: siedemnaście. Z czego trzy to ja sam, sprawdzający, czy się dobrze wgrało. Rekord wszech czasów: sto dwadzieścia trzy wyświetlenia, osiągnięty dzięki filmikowi, który przypadkowo pojawił się komuś w rekomendacjach obok viralowego nagrania kota robiącego coś uroczego. Skorzystałem z fali, jak surfer, który wskoczył na deskę w momencie, gdy fala już się kończyła.
Liczba obserwujących: czterdziestu ośmiu, z czego szesnastu to konta, które prawdopodobnie nie istnieją, dwunastu to moi krewni, a reszta to ludzie, którzy chyba kliknęli „obserwuj” przez pomyłkę i nigdy tego nie cofnęli, bo po co się fatygować.
Liczba komentarzy pod przeciętnym filmikiem: dwa. Jeden to hejt, drugi to reklama kasyna. Czasem zdarza się trzeci komentarz, który brzmi „haha”, i to jest mój najlepszy dzień w miesiącu.
Dochód z działalności twórczej za ostatni rok: zero złotych, zero groszy, plus koszt subskrypcji aplikacji do montażu, którą opłacam co miesiąc jak alimenty dla hobby, które nigdy mi nie odda tych pieniędzy.
Rozdział 17: Co dalej, czyli plan na przyszłość, którego nie mam
Ludzie pytają mnie, jaki mam plan na rozwój kanału. Odpowiadam szczerze: żadnego. Nie mam strategii. Nie mam pięcioletniego planu. Mam tylko uparte przekonanie, że jutro znowu coś nagram, opublikuję i znowu nic się nie wydarzy, a ja i tak to zrobię pojutrze.
Może to jest głupie. Może to jest definicja szaleństwa – robić to samo w kółko i oczekiwać innego rezultatu. Ale w moim przypadku nie oczekuję innego rezultatu. Oczekuję dokładnie tego samego, co zawsze, i jakoś to mnie nie zniechęca. To jest chyba jedyna dziedzina życia, w której moje oczekiwania są w stu procentach zgodne z rzeczywistością, więc przynajmniej nie doświadczam rozczarowania w klasycznym sensie.
Może kiedyś coś się zmieni. Może jeden filmik trafi w odpowiedni moment, złapie odpowiedni trend, dotrze do odpowiednich ludzi. A może nie. Może będę robił content dla siedemnastu wyświetleń do końca życia, z czego trzy zawsze będą moje własne. I wiecie co? To też jest w porządku. Bo przynajmniej robię coś, co lubię, nawet jeśli świat nie do końca zauważa, że to robię.
Rozdział 18: Podsumowanie, czyli po co to wszystko
Jeśli dotrwaliście do tego miejsca, to gratuluję – jesteście teraz oficjalnie moją największą publicznością w historii, większą niż jakikolwiek filmik, jaki kiedykolwiek opublikowałem. Doceniam to. Naprawdę.
Robienie contentu w mediach społecznościowych to jest dziwna, wyczerpująca, często upokarzająca przygoda, która mimo wszystko ma w sobie coś wartościowego. Nie chodzi o zasięgi. Nie chodzi o sponsorów, których nie mam, ani o kody rabatowe, których nikt mi nie zaproponuje. Chodzi o to uczucie, kiedy tworzysz coś z niczego, publikujesz to w świat i choć świat w większości wzrusza ramionami, to czasem, raz na jakiś czas, ktoś się śmieje. I ten jeden śmiech, ten jeden komentarz „haha”, jest wart więcej niż milion pustych wyświetleń.
Więc będę robił content dalej. Będę pisał żarty o rzeczywistości, którą inni wolą ignorować. Będę nagrywał telefonem opartym o kubek po kawie. Będę czekał na wyświetlenia, które nie przyjdą, i będę się z tego śmiał, bo co innego mi pozostaje.
Jestem błędem w Matriksie mediów społecznościowych. I dopóki ten Matrix mnie całkowicie nie skasuje, będę tu, publikując, tworząc, próbując – parszywie, ale szczerze.
Do zobaczenia w komentarzach. Albo i nie. Ja i tak będę tam nagrywał.
Parszywy Grubas w mediach społecznościowych – czyli jak robić kontent, gdy algorytm cię nienawidzi
No dobrze. Skoro już jesteśmy tutaj, to opowiem wam, jak to wygląda od kuchni. Jak wygląda życie twórcy, którego algorytm traktuje jak wirusa, a platformy społecznościowe chcą zbanować, zanim jeszcze zdąży wrzucić cokolwiek. Bo ja nie jestem typowym influencerem. Nie mam ładnych zdjęć z wakacji. Nie mam porad, jak być szczęśliwym. Nie mam kodu rabatowego na cokolwiek. Mam tylko siebie. I kamerę. I komputer, który wyje jak Boeing 737 startujący z Okęcia. I to wystarczy.
Kim jest twórca, którego algorytm nienawidzi?
Zacznijmy od podstaw. Nazywam się Parszywy Grubas. I jestem twórcą w mediach społecznościowych. Tyle że nie takim, jakiego sobie wyobrażacie. Nie mam setek tysięcy followersów. Nie mam marki, która by mnie sponsorowała. Nie mam agencji, która by mnie promowała. Mam za to… rzeczywistość. I umiejętność patrzenia na nią z takim dystansem, że aż boli.
Moja kariera w mediach społecznościowych zaczęła się przypadkiem. Wrzuciłem kiedyś filmik, w którym mówiłem o tym, jak wygląda praca w korporacji. I nagle okazało się, że ludzie to oglądają. Nie dlatego, że byłem ładny. Nie dlatego, że miałem dobry dźwięk. Nie dlatego, że algorytm mnie promował. Ale dlatego, że mówiłem prawdę. I to była prawda, której nikt inny nie chciał im powiedzieć.
I tak to się zaczęło. Filmik za filmikiem. Nagranie za nagraniem. I za każdym razem algorytm mówił: „Nie, tego nie chcemy. To nie jest sprzedażowe. To nie jest motywujące. To nie jest ładne. To jest po prostu… prawdziwe.” I wiecie co? Mnie to pasuje. Bo nie chcę być sprzedażowy. Nie chcę być motywujący. Nie chcę być ładny. Chcę być prawdziwy. I to jest cały mój kontent.
Jak tworzę kontent? Czyli codzienność Parszywego Grubasa
Budzę się. Zwykle około 10:00. Bo jak jesteś gruby i parszywy, to nie musisz wstawać o świcie. Nie musisz biegać. Nie musisz medytować. Musisz tylko wstać i zjeść śniadanie. I to jest mój poranny rytuał. Potem siadam do komputera. Tego starego, wyjącego, który brzmi jak silnik odrzutowy. I zaczynam myśleć: „Co dzisiaj wrzucę?”
Nie mam planu. Nie mam kalendarza. Nie mam strategii. Mam tylko rzeczywistość, która dostarcza mi materiału każdego dnia. Wystarczy, że wyjdę na ulicę, pójdę do sklepu, albo poczytam komentarze pod swoimi filmami. I już mam temat. Komentarze są najlepszym źródłem inspiracji. Ludzie piszą do mnie rzeczy, których nie powstydziłby się żaden scenarzysta. „Gruby, schudnij.” „Gruby, ty jesteś żałosny.” „Gruby, co ty w ogóle robisz?” I ja na to: „Dziękuję, robię z tego żart.”
I to jest właśnie mój proces twórczy. Biorę wasze hejty, wasze frustracje, wasze komentarze, i zamieniam je w coś śmiesznego. Nie dlatego, że jestem geniuszem. Ale dlatego, że mam dystans. I to dystans do siebie. Ktoś mnie wyzywa od grubasów, a ja mówię: „Tak, jestem gruby. I co z tego? I tak jestem śmieszniejszy od ciebie.” I to działa. Ludzie to kupują. Bo to jest autentyczne.
Co wrzucam? Czyli rodzaje kontentu, który tworzę
Mam kilka rodzajów treści, które regularnie pojawiają się w moich mediach społecznościowych:
1. Stand-up w pigułce
To są krótkie fragmenty moich występów. Zazwyczaj 30-60 sekund. W sam raz na TikToka, na Reelsa, na Shorta. Tyle że TikTok mnie banuje, Reels mnie ignoruje, a Shorts nie wie, co ze mną zrobić. Ale wrzucam. Bo ktoś to zobaczy. I ktoś się zaśmieje. I to wystarczy.
2. Życiowe obserwacje
Siadam przed kamerą i mówię, co myślę. O korporacjach, o ludziach, o świecie, o sobie. Zero przygotowania. Zero scenariusza. Tylko ja, kamera i ta dziwna umiejętność mówienia przez 5 minut o niczym, ale w taki sposób, że ludzie czują, że to jest o nich. I to jest magia.
3. Odpowiedzi na komentarze
Czasem czytam wasze komentarze i odpowiadam na nie w formie filmiku. I to często są najlepsze materiały. Bo wy jesteście najlepszymi scenarzystami. Wy piszecie mi materiał za darmo. Ja tylko go czytam i śmieję się z wami. I to jest piękna relacja.
4. Skecze i krótkie formy
Okazjonalnie nagrywam krótkie skecze. Zazwyczaj o tym, co mnie wkurza. O głupich reklamach. O głupich ludziach. O głupim świecie. I to jest moja terapia. Zamiast iść do psychologa, nagrywam filmik. I to działa lepiej.
5. Live’y
Czasem włączam transmisję na żywo. I to jest czysta improwizacja. Zero planu. Zero tematu. Tylko ja i wy. I dzieje się magia. Albo nie. Czasem nie dzieje się nic. Ale i tak jest fajnie.
Gdzie można mnie znaleźć? Czyli platformy, które mnie nie chcą
Oto lista platform, na których jestem obecny, mimo że algorytm robi wszystko, żeby mnie usunąć:
YouTube
To moja baza. Tu wrzucam najdłuższe materiały. Tu jestem najbardziej sobą. Tyle że YouTube mnie nie promuje, bo jestem zbyt kontrowersyjny, zbyt niepoprawny politycznie, zbyt… parszywy. I to jest w porządku. Nie potrzebuję promocji. Potrzebuję was. I to wystarczy.
TikTok
Tu wrzucam krótkie formy. Ale TikTok mnie nienawidzi. Banuje mnie za nic. Raz dostałem bana za to, że powiedziałem „kawa”, bo uznali, że to obraźliwe. Kawa. Serio. Ale wrzucam dalej. Bo gdzieś tam jest ktoś, kto zobaczy i się zaśmieje.
Instagram (Reels)
Tu algorytm jest dla mnie jak teściowa – udaje, że mnie nie widzi. Ale wrzucam. Bo gdzieś tam jesteście wy. I to wystarczy.
Facebook
Tu wrzucam, bo moja mama mnie obserwuje. I to jest jedyny powód.
parszywygrubas.com
Moja strona internetowa. Moja twierdza. Miejsce, gdzie nikt mnie nie banuje, nie cenzuruje i nie promuje. Tu jestem sobą w 100%. I tu możecie zobaczyć wszystko, czego nie pokażą wam media społecznościowe.
Dlaczego to robię, skoro algorytm mnie nienawidzi?
To pytanie zadają mi wszyscy. „Gruby, skoro cię nikt nie promuje, skoro masz mało wyświetleń, to po co to robisz?” A ja odpowiadam: „Robię to, bo to jest moja terapia. Robię to, bo to jest moja pasja. Robię to, bo wiem, że gdzieś tam jest ktoś, kto potrzebuje usłyszeć, że nie jest sam. Że jego frustracje są śmieszne. Że jego problemy są uniwersalne. Że świat jest głupi, ale razem możemy się z niego śmiać.”
I to jest cała moja filozofia. Nie robię tego dla wyświetleń. Nie robię tego dla lajków. Nie robię tego dla pieniędzy. Robię to dla was. Dla tych, którzy potrzebują dawki autentyczności. Dla tych, którzy mają dość idealnych influencerów. Dla tych, którzy chcą usłyszeć, że bycie grubym, parszywym i niechcianym jest w porządku. Bo takie jest życie. I trzeba się z niego śmiać.
Jak wygląda mój proces twórczy krok po kroku
Krok 1: Pomysł
Pomysły przychodzą do mnie same. Zazwyczaj w najmniej oczekiwanych momentach. W sklepie. Na spacerze. Jak jestem w łazience. Jak jem. Czasem jak śpię, to mi się śni materiał. I to jest straszne. Ale i tak to zapisuję.
Krok 2: Nagrywanie
Siadam przed kamerą. Włączam nagrywanie. I gadam. Czasem jest to 2 minuty. Czasem 20 minut. Zależy, co mam do powiedzenia. I to jest najtrudniejsza część, bo wiem, że potem ktoś to obejrzy. I oceni. Ale to mnie nie powstrzymuje.
Krok 3: Montaż
Tu wchodzi mój stary komputer. Wyje, muli, ale daje radę. Montuję. Czasem dodaję efekty. Czasem nie. Zazwyczaj nie, bo nie umiem. Ale to nie przeszkadza. Bo moja publiczność nie potrzebuje efektów. Potrzebuje prawdy.
Krok 4: Publikacja
Wrzucam na wszystkie platformy. I czekam. Czasem 100 wyświetleń. Czasem 1000. Czasem 10. Ale to nie ma znaczenia. Ważne, że gdzieś tam ktoś to zobaczy. I się zaśmieje. I to jest cały sens.
Co wyróżnia mój kontent? Czyli dlaczego warto mnie oglądać
Autentyczność
Nie udaję. Jestem tym, kim jestem. I mówię to, co myślę. Bez filtra, bez cenzury, bez marketingu.
Dystans
Mam dystans do siebie i do świata. I to jest zaraźliwe. Jak oglądacie moje filmy, to sami zaczynacie patrzeć na swoje życie z większym dystansem.
Szczerość
Nie sprzedaję wam marzeń. Mówię wam prawdę. Nawet jeśli jest gorzka. Bo lepsza gorzka prawda niż słodkie kłamstwo.
Humor
Wszystko, co robię, jest śmieszne. Nawet jeśli temat jest poważny. Bo humor to najlepszy sposób na przetrwanie tego świata.
Co mogę zaoferować twojej firmie?
Jeśli jesteś firmą i szukasz kogoś, kto zrobi coś innego niż standardowe szkolenie, standardowy team-building, standardowy wykład – to jestem dla ciebie. Mogę:
- Wystąpić na twojej gali firmowej
- Poprowadzić stand-up na integracji
- Rozbawić twoich pracowników podczas konferencji
- Dodać humoru do twojego eventu
- Powiedzieć twoim pracownikom to, czego ty nie masz odwagi im powiedzieć
I nie martw się – nie obrażę twoich pracowników. Obrażę tylko rzeczywistość. I to jest bezpieczne. I śmieszne. I zapamiętywane.
Podsumowanie
Więc jeśli szukasz kogoś, kto robi kontent w mediach społecznościowych, ale nie jest typowym influencerem – to jestem ja. Parszywy Grubas. Niechciany. Ignorowany. Banowany. Ale autentyczny.
Nie mam filtrów. Nie mam kodeków. Nie mam agencji. Mam tylko siebie. I kamerę. I was.
Parszywy Grubas – w mediach społecznościowych, mimo że algorytm nienawidzi.
parszywygrubas.com – zobacz, jak wygląda kontent bez cenzury.
Do zobaczenia. Albo i nie. Ja i tak będę. Bo nie mam zamiaru przestać. Nawet jeśli algorytm mówi mi, żebym spierdalał.
OFICJALNY OPIS: CO ROBIĘ W TYCH INTERNETACH
Robię kontent w mediach społecznościowych, którego nikt nie zamawiał, ale każdy potrzebuje po 8 godzinach w pracy.
Jestem Parszywy Grubas – Niechciany Influencer. Działam tam, gdzie algorytm mnie jeszcze nie zbanował: Instagram, TikTok, Facebook, YouTube, Threads.
Nie robię kontentu motywacyjnego, nie pokazuję jak żyć, nie mam porannych rutyn. Robię anty-kontent. Taki, po którym czujesz się gorzej, ale śmiejesz się głośniej.
MÓJ KONTENT TO 4 FILARY ZAJEBISTOŚCI:
🐷 1. TUCZNIK NA KOSZT FIRMY
Obserwacje z korpo-dżungli, z życia pracownika, który wie, że jedyny prawdziwy benefit to darmowe jedzenie na spotkaniu. Testuję, ile da się zjeść na koszt firmy, zanim HR zacznie na mnie patrzeć jak na zagrożenie.
💩 2. GÓWNIANE PORADY ŻYCIOWE
Seria, w której daję najgorsze rady na świecie, które paradoksalnie działają. „Nie trać energii na pracę – wyluzuj, zanim Cię zwolnią”, „Jeśli nie możesz być przykładem – bądź ostrzeżeniem”. To jest coaching dla ludzi, którzy mają dość coachingu.
🤡 3. GÓWNIANY HUMOR / STAND-UP CLIPY
Krótkie rolki, wycinki z występów, ranty nagrywane komputerem, który wyje jak Boeing z Okęcia. Śmieję się z rzeczy, których HR próbuje zakazać. I z HR-u też.
🦴 4. KIEPSKIE MANIERY I NAWYKI – STAN UMYSŁU
Vlogi, storytime, komentarze do rzeczywistości. Pokazuję, że Parszywy Grubas to nie postać – to stan umysłu, który masz po całym tygodniu udawania profesjonalisty.
GDZIE MNIE ZNAJDZIESZ:
- Instagram / TikTok / Reels: Codzienne, krótkie strzały – 30-60 sekund czystego narzekania, które poprawia humor. Format pod algorytm, który i tak mnie ucina.
- YouTube / Facebook: Dłuższe formy, stand-up, pełne gówniane porady, live’y.
- Scena na żywo: Bo internet to jedno, ale prawdziwą energię czuć dopiero jak ktoś parsknie śmiechem z kebabem w ustach na żywo.
Nie mam kodów rabatowych na kolagen. Nie promuję proszku do prania, który „przywróci blask Twojej rodzinie”. Mój kontent nie jest brand-safe. Jest life-safe.
Jeśli Twoja marka ma dystans i nie boi się, że powiem prawdę – możemy pogadać. Jeśli nie – też spoko. I tak będę gadał.
Chcesz wersję ultra-krótką do BIO? Skopiuj to:
Niechciany Influencer. Błąd w Matriksie. Robię gówniane porady życiowe i stand-up, którego boi się HR. Bez kodów na kolagen. | IG / TT / YT: @parszywy_grubas
🎤 Tworzę kontent w mediach społecznościowych — ale po parszywemu
Parszywy Grubas to nie tylko komik sceniczny. To twórca internetowy, który robi kontent w mediach społecznościowych tak, jak inni boją się robić: bez filtra, bez pozowania, bez udawania, że życie to pastelowe zdjęcia z Bali.
Tworzę filmy, skecze, satyry, improwizacje, komentarze i czarny humor, który trafia do ludzi, bo jest prawdziwy. Nie jestem influencerem od „porannej rutyny”, tylko od wieczornego kryzysu egzystencjalnego. Nie sprzedaję suplementów — sprzedaję dystans do rzeczywistości.
Jak sam mówisz:
„Jestem błędem w Matriksie mediów społecznościowych.”
I właśnie dlatego ludzie to oglądają.
📱 Gdzie działam?
Tworzę kontent na:
- YouTube — satyra, skecze, dłuższe formy
- TikTok — krótkie, mocne, absurdalne strzały humoru
- Instagram — humor wizualny, krótkie formy, backstage
- Facebook — dla tych, którzy nadal tam są
- Strona parszywygrubas.com — centrum dowodzenia
Moje materiały są:
- autorskie,
- improwizowane,
- bezkompromisowe,
- często niechciane przez algorytmy,
- ale bardzo chciane przez ludzi.
🎭 Co wyróżnia mój kontent?
- Czarny humor — nie dla każdego, ale dla tych, którzy mają dystans.
- Satyra — wyśmiewam świat, który sam prosi się o wyśmianie.
- Autentyczność — zero pozowania, zero udawania.
- Absurd — bo życie jest absurdalne, tylko ludzie udają, że nie jest.
- Deadpan — mówię poważnie rzeczy, które są śmieszne.
- Improwizacja — reaguję na to, co się dzieje tu i teraz.
To nie jest kontent „ładny”. To jest kontent prawdziwy.
🧠 Dlaczego ludzie to oglądają?
Bo w świecie, gdzie każdy influencer mówi:
- „Uwierz w siebie”,
- „Zrób to dla siebie”,
- „Twoje życie zależy od Twojego mindsetu”,
Parszywy Grubas mówi:
„Nie wiem, czy to ma sens, ale na pewno ma pointę.”
I to jest bardziej szczere niż wszystkie kursy „Jak zostać lepszą wersją siebie”.
📱 Parszywy Grubas – twórca contentu w mediach społecznościowych
Parszywy Grubas tworzy content w mediach społecznościowych, którego głównym składnikiem jest humor, dystans do siebie, sarkazm i komentowanie absurdów codziennego życia.
Nie tworzę kolejnego profilu, na którym ktoś rano pokazuje kawę, wieczorem motywuje do sukcesu, a pomiędzy tym wciska kod rabatowy na suplementy.
Tutaj jest trochę inaczej.
🎥 Tworzę filmy i krótkie materiały
📱 Publikuję content na YouTube, TikToku, Facebooku i Instagramie
🎤 Komentuję internet, ludzi, influencerów i codzienne absurdy
😂 Stawiam na humor, ironię i mocną pointę
🐷 Nie udaję idealnego życia – robię content po swojemu
💩 Czasami jest głupio. Czasami absurdalnie. Czasami kompletnie bez sensu.
I właśnie dlatego… jest śmiesznie.
🤡 Nie jestem influencerem. Jestem contentem.
Moja filozofia jest prosta:
„Nie wiem, czy to ma sens, ale na pewno da się z tego zrobić film.”
Każdy absurd może zostać materiałem.
Każda dziwna sytuacja może dostać swoją pointę.
Każdy komentarz może stać się początkiem kolejnego filmu.
Parszywy Grubas to nie perfekcyjny influencer. To twórca internetowego chaosu.
Tworzę, nagrywam, komentuję i publikuję — dopóki internet jeszcze mnie nie wyrzuci.
Niechciany Influencer.
Twórca contentu.
Człowiek, który zrobił karierę na braku kariery. 😎
Jak tworzę kontent w mediach społecznościowych (czyli jak regularnie drażnię algorytm)
Jeżeli myślicie, że tworzenie kontentu w mediach społecznościowych to eleganckie studia nagraniowe, profesjonalne oświetlenie softboksowe i starannie wyreżyserowane ujęcia z rannej kawy, to znaczy, że jeszcze nie trafiliście na moje profile.
Mój content w social mediach to cyfrowy odpowiednik wjechania ciężarówką w witrynę sklepu z ekologicznymi, pastelowymi świecami zapachowymi. Nie robię „rolek lifestyle’owych”, nie nagrywam „vlogów z pięknego życia” i nie wrzucam zdjęć owsianki z borówkami. Tworzę materiały, które są przedłużeniem mojego 18-letniego doświadczenia scenicznego – bezkompromisowe, oparte na czarnym humorze i odporne na wszechobecną w sieci poprawność polityczną.
Oto jak wygląda moje naturalne środowisko twórcze w internecie:
- Autorska satyra bez trzymanki: Kiedy inni twórcy analizują trendy, żeby przypodobać się algorytmowi, ja wyciągam wnioski z tego, co widzę w Warszawie i w życiu. Mój kontent to w 100% autorskie skecze, cięte komentarze do absurdu codzienności i żarty, które uderzają w punkt, zamiast głaskać widza po główce.
- Zderzenie z wirtualną iluzją: Mój kontent opiera się na brutalnym kontraście. W jednym poście obnażam fałsz internetowych influencerów, a w drugim pokazuję, jak naprawdę wygląda rzeczywistość kogoś, kto od 1991 roku serwisuje myjnie samochodowe, naprawia zajeżdżone bieżnie albo lata dronem, żeby nagrać komuś zardzewiałą rynnę na dachu.
- Praca z publicznością i sekcja komentarzy: Moje social media to poligon doświadczalny. Reakcje ludzi, którzy przez pomyłkę trafili na moje filmiki i złapali się za głowy, są najlepszym paliwem komediowym. Nie przepraszam za to, co wrzucam – przeciwnie, dawka oburzenia w komentarzach to dla mnie znak, że żart trafił dokładnie tam, gdzie powinien.
Tworzę kontent po to, żeby przypomnieć ludziom, że poza wyfiltrowanym ekosystemem Instagrama i TikToka istnieje jeszcze normalny, ironiczny i pełen czarnego humoru świat. Algorytmy próbują mnie banować i chować w najgłębsze zakamarki internetu, ale dopóki mam coś do powiedzenia, będę tym zgrzytem na osi czasu, obok którego nie da się przejść obojętnie.
Słowo „twórca” brzmi tak dumnie. Kojarzy się z kimś, kto rzeźbi w marmurze, pisze poezję albo chociaż ma ułożony plan publikacji postów w Excelu. Kiedy ludzie pytają mnie, co robię w internecie i słyszą „robię kontent w mediach społecznościowych”, od razu wyobrażają sobie, że mam ring-lighta, kalendarz współprac barterowych i agencję, która negocjuje mi stawki za reklamowanie szamponu na porost włosów.
Prawda jest jednak znacznie bardziej brutalna. Ja nie „tworzę kontentu”. Ja po prostu otwieram zawór z moim wewnętrznym cynizmem i patrzę, jak to cyfrowe szambo rozlewa się po Waszych ekranach, psując Wam starannie zaplanowany, estetyczny dzień.
Oto jak wygląda moje imperium mediów społecznościowych od kuchni:
📸 Instagram: Zamach na Estetykę
Instagram to naturalne środowisko ludzi pięknych, bogatych i zmotywowanych. To tam wrzuca się zdjęcia idealnie spienionej matchy na tle palmy i relacje z porannego pilatesu. Ja traktuję Instagrama jak cyfrowy sabotaż. Moja obecność tam to odpowiednik rzucenia granatu błyskowego do luksusowego butiku. Kiedy inni wrzucają #OOTD (Outfit Of The Day) z ubraniami za trzy tysiące złotych, ja wrzucam rozmazane zdjęcie pękniętej płyty chodnikowej na Pradze Północ i podpisuję: „Moja motywacja na dziś, 2026, koloryzowane”.
Nie używam filtrów wygładzających cerę. Jeśli mam na twarzy zmęczenie życiem, to obiektyw musi to zarejestrować w pełnej okazałości. Kiedy inni influencerzy publikują inspirujące cytaty na tle zachodzącego słońca, ja wrzucam zdjęcie pustej lodówki z podpisem: „Pamiętaj, jesteś kowalem własnego losu. Szkoda, że kowalstwo upadło w XIX wieku”. Algorytm Instagrama nienawidzi mnie tak bardzo, że moje posty wyświetlają się tylko ludziom, którzy akurat szukali w internecie numeru do poradni psychologicznej.
🎵 TikTok: Niszczyciel Dopaminy
TikTok to aplikacja, w której wszystko miga, błyszczy, a ludzie tańczą do przyspieszonych piosenek, żeby utrzymać uwagę widza z ADHD przez całe 8 sekund. Moja strategia na TikToku? Zero tańca. Zero trendów. Zero piosenek o miłości.
Wchodzę w kadr w rozciągniętej bluzie. Patrzę w obiektyw wzrokiem człowieka, który właśnie zapłacił podatek dochodowy. Przez pierwsze trzy sekundy po prostu milczę, pozwalając, by ciężar mojej egzystencji przygniótł widza. A potem mówię jedno zdanie. Np.: „Przypominam, że jutro też jest dzień roboczy, a Wasz szef nadal nie wie, jak macie na imię”. Koniec filmu.
Zaburzam im ten szybki, radosny przepływ dopaminy. Wśród rolek z uroczymi pieskami i dziewczynami robiącymi makijaż, nagle pojawiam się ja – jak przypomnienie o racie kredytu hipotecznego. Ludzie w panice scrollują dalej, ale jest już za późno. Ziarno depresji zostało zasiane.
🎥 YouTube: Moja Cyfrowa Piwnica
YouTube to moje centrum dowodzenia. Mój główny śmietnik, na którym uprawiam recykling własnych frustracji. To tu lądują najdłuższe formy – filmy, na których siedzę w półmroku, oświetlony blaskiem monitora i przez 40 minut dekonstruuję absurdy otaczającej nas rzeczywistości.
Nie mam profesjonalnego studia, wygłuszenia ani scenariusza napisanego przez copywritera. Moim scenariuszem jest paragon ze stacji benzynowej, na którym zobaczyłem cenę hot-doga i poczułem, że muszę o tym powiedzieć światu. Mój montaż polega na tym, że czasem wycinam moment, w którym zakrztusiłem się własną śliną ze złości.
To tu buduję swoją armię „Niechcianych”. Zbieram wokół siebie ludzi, którzy o 2:00 w nocy nie mogą spać, bo stresują się życiem, i jedyne, co przynosi im ulgę, to oglądanie grubasa, który ma jeszcze gorzej niż oni, a do tego potrafi to ubrać w bolesną, czarną satyrę.
Więc tak, robię kontent w mediach społecznościowych. Ale nie nazywajcie mnie twórcą. Jestem raczej cyfrowym śmieciarzem, który jeździ swoją zardzewiałą śmieciarką po pięknych, sterylnych uliczkach internetu, budzi wszystkich o 5:00 rano hałasem i przypomina, że pod tą całą błyszczącą powłoką, wszyscy i tak taplamy się w tym samym, egzystencjalnym błocie. I wierzcie mi – nikt nie rzuca tym błotem tak celnie jak Parszywy Grubas.
📱 Parszywy Grubas On-Line: Jak Tworzę Kontent, Który Niszczy Wam Algorytmy! 🗑️😎
Witajcie w mojej cyfrowej piwnicy, gdzie rodzi się magia. Magia, od której jeży się włos na głowie, a filtry na Instagramie popełniają seppuku. Kiedy inne gwiazdeczki internetu nagrywają swoje poranne rutyny z sokiem z jarmużu, ja odpalam kamerę, żeby pokazać wam, jak wygląda prawdziwe, nieprzefiltrowane, ociekające tłuszczem życie. Robię kontent w mediach społecznościowych i, szczerze mówiąc, jestem w tym przerażająco dobry! 🎬🔥
Oto jak wygląda kuchnia (dosłownie i w przenośni) mojego niechcianego influencingu:
💻 SEO, Pozycjonowanie i Cyfrowa Demolka
Tworzenie kontentu to nie jest tylko włączenie nagrywania w telefonie. To jest brutalna walka o dominację w sieci. Moje zasięgi to nie przypadek, to perfekcyjnie przemyślane SEO i pozycjonowanie strony! 📈 Kiedy inni wrzucają hasztagi typu „goodvibes”, ja wbijam się w algorytm z optymalizacją, która doprowadza serwery do szału. Moja strona internetowa jest tak wypozycjonowana, że kiedy szukacie w Google sensu życia, wyskakuje wam moja twarz z kebabem w dłoni. 🥙🖥️
Każdy mój post, każde wideo i każdy wulgarny komentarz są zoptymalizowane pod to, aby zdominować internet. To jest właśnie prawdziwe SEO – pozycjonowanie poprzez absolutny szok i zmuszanie wyszukiwarek do indeksowania mojej cyfrowej zgagi!
🏙️ Gdzie Nadaje Parszywy Grubas?
Moje główne centrum dowodzenia znajduje się w sercu Warszawy. To stąd wysyłam w świat mój parszywy sygnał. Nie bawię się w żadne prowincjonalne układy, uderzam prosto z centrali. Gdzie dociera mój kontent? Ogląda mnie cała patologicznie zafascynowana śmietanka:
- Warszawa: Korposzczury na open space’ach chowają moje streamy w małych okienkach przeglądarki, żeby szef nie widział. 🏢
- Konstancin: Prezesi w luksusowych willach odpalają moje filmy na 80-calowych telewizorach, jedząc krewetki i płacząc ze śmiechu nad moim ubóstwem. 🏰🍤
- Pruszków: Tamtejsza widownia ceni konkrety. Mój humor uderza w nich z taką siłą, że nawet najwięksi twardziele muszą usiąść. 🥊
- Wołomin: Lokalni biznesmeni wiedzą, co to dobry czarny humor. To mój twardy elektorat, który zawsze sypnie groszem na donejtach! 🏭💸
🚪 Zabezpieczenie Furtki, czyli Święty Spokój na Streamie
Żeby robić tak jakościowy (inaczej) kontent, potrzebuję idealnych warunków. Kiedy odpalam stream na żywo i wchodzę w swój żywioł, nie ma mowy o intruzach. Dlatego zainwestowałem w pancerne, absolutnie niezniszczalne zabezpieczenie furtki! 🛡️🔒
Kiedy kamera ma włączone „REC”, moja posesja zamienia się w twierdzę. Odpowiednie zabezpieczenie furtki to podstawa mojego spokoju ducha – żaden kurier, akwizytor czy wkurzony sąsiad nie przerwie mi w połowie wywodu o tym, jak bardzo nienawidzę poniedziałków. Furtka jest zamknięta na głucho, zaryglowana i odcięta od świata zewnętrznego. Za nią jestem tylko ja, kamera i mój wybitnie otyły punkt widzenia na świat! 🛑🏰
🚨 Potencjalne Awarie Podczas Nagrywania Kontentu
Myślicie, że bycie Parszywym Grubasem w sieci to bułka z masłem? (Swoją drogą, zjadłbym bułkę z masłem). Podczas moich transmisji i nagrywek regularnie występują potencjalne awarie, które dodają tylko smaczku:
- Awaria obiektywu kamery: 📸 Zdarza się, że w przypływie ekspresji obiektyw zostaje zachlapany sosem czosnkowym. Obraz staje się wtedy mglisty i tajemniczy – nazywam to autorskim filtrem „Garlic Glow”.
- Krytyczna awaria krzesła: 🪑 Grawitacja i zmęczenie materiału robią swoje. Kiedy krzesło gamingowe pęka w pół podczas live’a, jest to najbardziej viralowy moment tygodnia!
- Awaria mikrofonu od decybeli: 🎤 Mój śmiech i kaszel palacza potrafią przesterować każdy mikrofon na rynku. Inżynierowie dźwięku płaczą, gdy słuchają moich ścieżek audio.
- Awaria psychiki moderatorów: 🤯 Ludzie, którzy muszą czytać i filtrować czat podczas moich streamów, często wymagają długotrwałej terapii.
🚬 Neutralizacja Zapachu Dymu Papierosowego (Sposób Influencera)
Po trzech godzinach wyzywania rzeczywistości do kamery, muszę zapalić. Kiedy stream gaśnie, pokój zamienia się w komorę gazową. Jak wygląda moja neutralizacja zapachu dymu papierosowego? 🌪️💨
To bardzo innowacyjna metoda! Odpalam na największych głośnikach wideo z dźwiękiem startującego promu kosmicznego, połączone z ekstremalnie głośnym basem z rosyjskiego techno. Wibracje dźwiękowe są tak potężne, że fizycznie rozbijają cząsteczkowe wiązania dymu papierosowego w powietrzu, wypychając je brutalnie przez szpary w oknach! 🚀🎵 Jeśli to nie działa, po prostu zlewam się od stóp do głów tanim odświeżaczem do tapicerki samochodowej o zapachu „Morskiej Bryzy” i wmawiam wszystkim na kolejnym streamie, że to nowa linia moich autorskich perfum „Parszywy Ocean”. 🌊🤣
Tworzenie kontentu to ciężki kawałek chleba, ale ktoś musi to robić. Skoro internet jest śmietnikiem, to Parszywy Grubas jest jego samozwańczym królem! 👑
A Wy, drodzy widzowie i hejterzy, na jakiej platformie chcielibyście zobaczyć moją kolejną cyfrową katastrofę w pierwszej kolejności? 🤔